niedziela, 7 września 2008

500 km nakedem - przygoda roku

Kiedy miałem jeszcze Suzuki GS 500, bardzo pragnąłem owiewki i długich podróży bez hałasu i z wysokimi prędkościami. Z perspektywy posiadania szybkiego motocykla z owiewką, przyznać muszę, że idealizowałem i prędkość i owiewkę.

Podróż jaką odbyłem 9 marca 2008 roku, na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Nie dzięki prędkości ale dzięki temu co zobaczyłem i jak się czułem gdy z niej wróciłem.

Trasa: Warszawa -> Radom -> Ostrowiec Świętokrzyski -> Ćmielów -> Lublin -> Warszawa. Jeden dzień, około 500km.

Wyruszyłem wczesnym rankiem 9 III (ok 8:30) w niedzielę, co pozwoliło mi uniknąć natłoku aut na wylocie z Warszawy. Pojechałem siódemką, w Radomiu dotarłem do 9 i nią dojechałem o Ostrowca Świętokrzyskiego.

 

Dziewiątka wita podróżnych lekkimi górkami i zakrętami aby rozkręcić się w miarę drogi na południe. Jest na prawdę malowniczo i jedzie się bardzo miło.

Z Ostrowca skierowałem się na Ćmielów (droga 755), gdzie w lokalnym sklepie przy muzeum i fabryce porcelany zakupiłem prezenty dla domowników. Tanio nie jest, ale figurki są sygnowane i numerowane - robione są bowiem ręcznie. Można płacić kartą (ważne dla ducatistów ;P).

Jechałem dalej drogą w kierunku Ożarowa, gdzie skręciłem na drogę 74 w kierunku Kraśnika. Ten odcinek dłużył mi się najbardziej, ponieważ droga zaczęła się robić ruchliwa, co chwila była jakaś miejscowość a widoczki raczej przeciętne. Parłem jednak dalej, ponieważ bardzo chciałem dotrzeć na obiad do McDonalda w Lublinie.

W Kraśniku skręciłem na drogę 19 w kierunku Lublina. Tutaj można było już ciut bardziej podgonić, co uwielbiam.

W McDonaldzie w Lublinie spotkałem swojego ciotecznego brata! To niesamowite spotkanie - prawie niemożliwe, żeby dotarł on tam tak po prostu z Łęcznej. To było na prawdę świetne ;-)

Dalej już tak jak zwykle - autostrada nr 17 Lublin <-> Warszawa. Przelotówka ponad 110-120, po dwa pasy w każdą stronę (serio, miejscami było tak że wyprzedzali i w moim kierunku i w przeciwnym a jednak się auta mieściły).

Przy dojeździe do Warszawy trafiłem na samobójcę - wyprzedzał pasem do skrętu w lewo na stację benzynową. Miał włączony lewy kierunkowskaz. Ktoś ciut zmęczony albo mało skupiony mógłby pomyśleć, że zwolni i skręci - on tymczasem przeciął obszar wyłączony z ruchu i wskoczył na swój pas tuż przed nosem auta jadącego z naprzeciwka. Zrobiło się cieplutko, bo sumaryczna prędkość przekraczała zapewne 300km/h.

Lubię jeździć 17, bo można tam na prawdę szybko pojechać i nacieszyć się tym. Tzn. lubiłem tam jeździć GS 500, bo tam 140 to już było na prawdę szybko. Boję się, że teraz to już nie będzie to samo...

Nie zapomnę tej trasy nigdy. Wolny jak ptak, cały dzień przeznaczony na hobby, tylko ja i maszyna którą wszyscy wyklinają, starożytna swoją technologią, z miękkim zawiasem, z nędznymi 47 konikami, bez owiewki... Nigdy...